Czy nadal chronić jastrzębia gołębiarza?

Dotąd znałem go tylko ze słyszenia, z opowiadań i z listów zrozpaczonych hodowców, którzy użalali się nad stratami, jakie powoduje w ich hodowlach. Czasem tylko, z rzadka widywałem go na niebie, i raz lub dwa razy w akcji, gdy atakował gołębie. W oparciu o te relacje kolegów-hodowców i swoje znikome doświadczenia napisałem rozdział o jastrzębiu w mojej książce pt.: Hodowla, loty, mistrzostwo
i artykuł opublikowany w jednym z poprzednich numerów fauny&flory, za który to dostało mi się dobrze po uszach od zagorzałych przyjaciół jastrzębia-gołębiarza, za to m.in., iż w obliczu nadmiernego namnożenia się tego gatunku i strat, jakie powoduje w ptactwie, odważyłem się postulować zniesienie prawnej ochrony tego drapieżnika.
W tym roku dane mi było poznać go osobiście
Na wsi pod Krakowem zbudowałem sobie gołębnik, gdzie wiosną postanowiłem wprowadzić wszystkie swoje młódki. Koledzy-hodowcy z pobliska uprzedzali mnie, że mogę tu mieć problemy z jastrzębiami, ponieważ okolica jest lesista. Licząc się z ewentualnymi stratami zdecydowałem więc wyjątkowo w tym roku wyprowadzić na dach więcej młódków niż zazwyczaj. Pierwsze przyniosłem z początkiem maja w liczbie 16 sztuk, dwa tygodnie później dalsze 11. Potem co kilka dni w prezencie od kolegów otrzymywałem po kilka dalszych. Łącznie do połowy czerwca do nowego gołębnika wprowadziłem 66 młódków. Powiem od razu, by nie nadużywać cierpliwości czytelników, że po dwóch miesiącach została ich połowa 32. Druga połowa przepadła. Co się z nimi stało? Cześć z nich została zjedzona przez jastrzębie, część ze strachu przed nimi uciekła, przepadła. Jestem zdruzgotany. To przeszło moje wszelkie najczarniejsze oczekiwania. Tu nie mogę hodować gołębi. Nie mogę przecież produkować karmy dla jastrzębi i w ten sposób zwiększać populacji tego drapieżnika. Myślałem, że może zginą dwa, trzy lub cztery, ale żeby ponad trzydzieści, czyli 50%? Tego się nie spodziewałem. To są straty poniesione w ciągu dwóch pierwszych miesięcy. Nie wiem co będzie dalej. Wątpię jednak, czy na tym się skończy. Koledzy mnie pocieszają twierdząc, że te które się ostaną będą nadzwyczaj dobrze przećwiczone. A poza tym jak twierdzą starsze młódki nie dadzą się tak łatwo złapać? Muszę mieć taką nadzieję. A może jastrzębie nie zdołają wyłapać i zjeść wszystkich?
Początkowo młódki wypuszczałem tylko okresowo; rano na głodno i po południu po raz drugi. Na nic się to zdało. Było tragicznie. Gołąbki były młode, naiwne i niedoświadczone, ginęły każdego dnia, czasem nawet po dwie, trzy sztuki dziennie. Nie wszystkie zjadał jastrząb. Część śmiertelnie przestraszona odlatywała w siną dal, by już nigdy nie wrócić. Potem puszczałem je tylko w pogodne ranki. Ale i to nie pomagało. Ginęły nadal. Następnie, za doradą kolegów z okolicy wypuszczałem je codziennie rano, skoro świt już o piątej, czy szóstej. Stały się sprytniejsze; wylatywały z gołębnika i od razu wzbijały się w wysoko w powietrze, odlatując gdzieś daleko nawet na godzinę lub dwie. Potem, gdy wracały grupkami lub w pojedynkę już nie krążyły wokół gołębnika, lecz od razu z powietrza siadały na wylocie i hyc do gołębnika. W tym czasie nie ograniczałem im wolności. Mimo to po tym porannym oblocie nakarmione co najmniej do południa siedziały w gołębniku. Wczesnym popołudniem widziałem je czasem na łączce, tuż przy gołębniku lub na dachu. Po południu znów sobie polatały. Teraz dzienne straty są nieco mniejsze (jeden młódek na dwa dni), ale nie wiem, czy wynika to z tego, iż obecnie korzystają z wolności cały dzień, czy też dlatego, że są już nieco starsze i bardziej doświadczone. Przekonałem się o tym, że w szponach jastrzębia nie giną wcale te najsłabsze, czy chore. U mnie w pierwszym rzędzie giną te najmłodsze, które są na dachu zaledwie od kilku dni.
W czasie tych dwóch miesięcy poznałem dobrze tego rozbójnika. Znam jego sylwetkę w różnych fazach polowania. Poznałem jego strategię. Kilkanaście razy widziałem go w akcji. Najgroźniejszy jest wtedy, gdy penetrując okolicę krąży wysoko i gdzieś niżej dostrzeże krążące stadko gołębi. Wtedy zwija skrzydła i lotem ślizgowym zmierza w jego kierunku. Gołębie go dostrzegą, ale w tej rozgrywce nie mają większych szans. Z szybkością błyskawicy uderza w stadko. Czasem od razu uderza dziobem wybranego gołębia, wytrąca go z lotu i obracając się błyskawicznie łapie go w szpony. Czasem, tuż przed atakiem, stadko zdoła rozproszyć się. On wtedy upatruje sobie jednego i ściga go; na ogół na niskiej wysokości, nad polem, lub między drzewami. Wynik bywa różny, zależny od okoliczności, od sprytu i sprawności gołębia. Szanse na ujście z życiem gołąb ma jednak niewielkie.
Kiedyś ścigał go tuż nad łanem owsa
Leciał za nim może z pół metra, z prędkością chyba ponad 100 km na godzinę. Gołąb szukał ratunku w pobrzeżnych krzewach. Wpadł w nie, ale zawadził chyba o gałązkę, stracił szybkość i wtedy ten go dopadł. Pobiegłem tam szybko, żeby go ratować, ale zanim przedarłem się przez zarośla i wysokie trawy, jastrzębia z gołębiem już nie było. Spokój, cisza i tylko kilka piór po tej nierównej walce. Jednego popołudnia gołąbki pasły się beztrosko na łączce tuż przy gołębniku. Sceneria jak w bajce. Nagle, ni stąd, ni zowąd zza drzew pojawia się jastrząb, chyba samica, bo duża i ogoniasta. Jeszcze dziś widzę kołtun jej pierza, gdy bierze skręt, uderzając w dół. Spłoszone gołębie uciekając wzbijają się w powietrze. Tym razem jastrzębica była zbyt wolna; przy skręcie straciła szybkość i gołębie zdołały umknąć. Wolno odleciała w stronę pobliskiego lasu. Ucieszyłem się, podziwiając refleks gołębi. Ale cóż z tego, skoro jeden z najmłodszych, będący pierwszy raz poza gołębnikiem nie wrócił na noc i w ogóle już nigdy.
Ta bestia jest tak bezczelna, że czasem siada na pobliskim modrzewiu, czekając na wypuszczenie gołębi, zaś po nieudanym ataku czasem wcale nie odlatuje, lecz jakiś czas kręci się nad gołębnikiem wypatrując gołębi, które nie odleciały daleko lecz przestraszone ukryły się, czy to pod gołębnikiem lub na pobliskich drzewach.
Kiedyś udało mu się dopaść gołębia w powietrzu z krążącego stada. Widziałem całą rozgrywkę. Złapał go w szpony i niósł w stronę lasu. Serce mi się krajało, a nic nie mogłem zrobić. Klaskałem jedynie w dłonie, krzyczałem, ale nic to nie pomagało. Ciężko mu było widziałem bo szedł wolno i nisko, ale ofiary nie puścił. Wydawało mi się, że usiadł na pierwszym z brzegu drzewie. Znów pobiegłem na ratunek z psem. Ale i tym razem bezskutecznie. Gdy tam dotarłem, już go nie było. Tym razem nie pozostało ani jedno piórko. I znów tylko głucha cisza. Nie wiem dlaczego, ale znacznie łatwiej pogodzić mi się ze stratą gołębia z lotu, niż bezbronnego młódka, który przy mojej bezsilności, na moich oczach zostaje żywcem zjedzony przed jastrzębia.
Nie wszystkie jego ataki są na szczęście udane. Jednym razem też po ataku na krążące nisko stadko upatrzony przez jastrzębia gołąb szukał ratunku w lesie. Obaj zniknęli wśród drzew. Przez chwilę czułem niepewność; czy znów go dopadł, czy zdołał mu umknąć? Po chwili widzę jednak gołębia wylatującego z lasu, ale już bez jastrzębia. To dla mnie największa radość i uznanie dla sprytu gołębia, gdy zdoła mu umknąć. Jest ich tu sporo. To nie dzieło jednego jastrzębia, czy nawet jednej pary, bo bywa, iż jeden rankiem odleci z łupem, a za kilka godzin pojawia się następny. Nie ma dnia, by któryś mnie nie odwiedził. Czasem za dnia są nawet trzy ataki.
Pamiętam co najmniej kilkanaście innych scenariuszy tych ataków. Mógłbym je tu wszystkie opisać, dając upust swym emocjom. Ale czy to coś zmieni, może jedynie trochę mi ulży. Proszę mi wierzyć, straciłem całą radość hodowania gołębi i najprawdopodobniej będę musiał rozstać się z tym hobby.
Lobby sokolników jest tak mocne, nieprzejednane i ślepe na argumenty, że trudno mieć nadzieje na jakiekolwiek zmiany w tym zakresie tym bardziej, że świadomość społeczna wskutek braku rzetelnej informacji jest również spaczona. W dobie mody na hasło: ochrona środowiska, ochrona przyrody, każdy zapytany o to, czy chronić jastrzębia, czy nie, odpowie zapewne bez namysłu: o tak, nie zdając sobie sprawy z tego, do jakich rozmiarów rozmnożył się w Polsce ten gatunek drapieżnika i jakie szkody wyrządza nie tylko hodowli gołębi pocztowych, ale również w środowisku przyrodniczym. Rozsądni, obiektywni ornitolodzy stwierdzają, iż w szponach tych drapieżników giną nie tylko gołębie pocztowe, kury, kurczęta i kaczki domowe, lecz także wiele innych gatunków pięknych i rzadkich ptaków, będących kiedyś ozdobą i bogactwem naszych polskich krajobrazów. W zawrotnym tempie znika z naszego środowiska jeden z piękniejszych ptaków, kiedyś najpospolitszy gołąb, turkawka. W wielu rejonach nie widać i nie słychać już kuropatw. W ciszy znikają stopniowo z polskich krajobrazów piękna kraska i dudek. Coraz rzadziej nad wodami można spotkać kolorowego zimorodka. A ile jest takich gatunków, których nieobecności w ogóle nie zauważamy? Należało by zapytać, czy ktokolwiek w Polsce prowadzi badania nad przyczynami degradacji naszej polskiej ptasiej fauny? I chociaż powody tych niekorzystnych zmian są z pewnością złożone, to rola jastrzębia-gołębiarza jest w tym procesie decydująca.
Czy wobec tych faktów należy je nadal ochraniać, pozwalając by się rozmnażały kosztem innych, mniej liczebnych gatunków?
Do tak masowego rozwoju populacji jastrzębia gołębiarza doszło przede wszystkim wskutek objęcia tego gatunku ochroną prawną. Reguluje tę kwestię Rozporządzenie Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt (Dziennik Ustaw nr 13, z dnia 6 stycznia 1995 roku).
Wręcz paradoksalnie, to samo rozporządzenie wyłącza spod ochrony inne gatunki ptaków, które są o wiele rzadsze od jastrzębia-gołębiarza, a przy tym nie mają zgubnego wpływu jak on na środowisko naturalne. Są to m.in. kaczka cyraneczka, kaczka głowinka, kaczka czernica, gęś gęgawa, gęś zbożowa, gęś biało-czarna, słonka, jarząbek i łyska. Co więcej, nasze prawo zezwala wręcz na odstrzał pewnych równie rzadkich ptaków, m.in. gołębi grzywaczy, jarząbka, kuropatw i słonek, podczas gdy jastrząb-gołębiarz nadal korzysta z ochrony. To wręcz absurdalne. Trudno zrozumieć jakie jest przyrodnicze uzasadnienie tych decyzji.
Dalsza ochrona prawna jastrzębia-gołębiarza nie służy środowisku przyrodniczemu
Można wręcz powiedzieć, że jest szkodliwa. W Niemczech pod naciskiem opinii publicznej, w tym również hodowców gołębi pocztowych dyskutuje się już o konieczności zniesienia prawnej ochrony jastrzębia-gołębiarza. Może za przykładem naszych sąsiadów także i u nas w Polsce jakieś gremium obiektywnych ornitologów, wspólnie z Polskim Związkiem Hodowców Gołębi Pocztowych złoży do naszych władz ustawodawczych stosowny wniosek. Decyzja ta jest potrzebna nie tylko ze względu na gołębie pocztowe, ale przed wszystkim ze względu na nasze środowisko przyrodnicze, w którym to jastrzębie sieją największe spustoszenie. Gdy bowiem hodowcy zimą zamykają swoje gołębie w obawie przed jastrzębiami, a większość gatunków mniejszego ptactwa odlatuje na południe Europy, czy do Afryki, to te, które pozostają są trzebione i dziesiątkowane przez bezwzględnego jastrzębia rozbójnika i jego krewniaków, które na okres zimy przylatują do nas z Północy. (kursywą zaznaczyłem wybrane fragmenty z mojej książki pt.: Hodowla, loty, mistrzostwo
)
Wszyscy mi doradzają, by się nie poddawać, lecz skoro prawo jest ułomne, zabrać się samemu za te jastrzębie. Ślą mi fotografie i projekty przemyślnych pułapek, doradzają nabycie broni myśliwskiej na kaczki i wystrzelanie ich. Jakkolwiek wzbraniam się przed skorzystaniem z tych rad, to jednak wyznam, iż trudno, bardzo trudno mi w tej sytuacji wyzbyć się uczucia gniewu, czy wręcz nienawiści do tego drapieżnego ptaka. Zwalczam w sobie te nastroje, bo przecież ptak ten nie ma rozumu, nie czyni mi tego rozmyślnie, na złość, lecz kieruje się jedynie ślepym instynktem i pragnieniem zaspokojenia głodu. Jastrząb gołębiarz to przecież też stworzenie Boże, jak ja i moje gołębie, a przy tym jeszcze objęte ochroną prawną. Nie wiem, doprawdy nie wiem, jak to rozstrzygnąć w sercu.
Co wy na to Szanowni Czytelnicy?
Piotr Patas
POWRÓT
STRONA GŁÓWNA