Prawdziwa historia mojej hodowli koni arabskich w Polsce
Od małego dziecka zafascynowana byłam końmi, wszystkie moje zabawki to były konie, duże i małe, zawsze marzyłam o żywym koniu
Długo jednak musiałam czekać na spełnienie moich marzeń. Dopiero na Akademii Sztuk Pięknych, będąc studentką zaczynałam uczyć się jeździć konno, w pierwszym po wojnie i jedynym wtedy klubie jeździeckim przy warszawskim ZOO. Gdy jednak jeźdźcy pod wodzą trenera Jakobsona przegalopowali przed siedzibą UB i po Warszawie chodziły plotki, że partyzanci napadli na UB, klub został rozpędzony na cztery wiatry.
Nie były to łatwe czasy dla amatorów hippiki, już sama jazda na koniach była zaliczana przez władze do tak zwanych wielkopańskich zachcianek, w kronikach filmowych pełno było scen pokazujących tratowanych konno przez sanacyjne władze robotników i chłopów. Jeździłam znowu na torze służewieckim w nowopowstałym tam klubie. Byłam szykanowana za to przez władze ZAMPu i mało nie wyleciałam z ASP. Służewiecki klub też rychło zastał rozgoniony, bo nagle po przeprowadzeniu ankiety okazało się, że jeźdźcy zamiast być, jak przystało na dobrych obywateli PRL, pochodzenia robotniczo-chłopskiego, mieli wręcz fatalne, obszarniczo-arystokratyczne pochodzenie.
Nie potrafiłam z koni zrezygnować i czas jakiś jeździłam na przypadkowych koniach u tak zwanych koniokradów. Tam to trafiła mi się okazja nabycia za grosze dzikiej, znarowionej klaczy, którą koniokradzi chcieli oddać na rzeź. Zaproponowali mi, że mi ją podarują, jeśli dosiądę konia i z niego nie spadnę. Przyjęłam wyzwanie i zdobyłam klacz Monę. Trenowałam ją i ujeżdżałam z wielką radością, zmuszona byłam jednak wyjechać za pracą i w końcu musiałam sprzedać moją Monę.
Po otrzymaniu dyplomu w 1954r, z pasją oddałam się rzeźbie, z upodobaniem rzeźbiłam konie i inne zwierzęta, zaczynałam wystawiać swoje prace, odniosłam wiele sukcesów, między innymi zdobywając II Nagrodę na Międzynarodowym Biennale Rzeźby we Włoszech. Dostałam się do wojskowego klubu jeździeckiego na Powązkach, który później przekształcił się w Legię. Trenowałam wytrwale pod okiem trenera Olędzkiego. Stosunki tam panujące były bardzo przykre, jeźdźcy cywilni byli szykanowani. Kilkakrotnie ujeżdżone
i naskakane przeze mnie konie były przydzielane żonom czy kochankom wojskowych. W końcu, gdy podczas nieobecności trenera mój koń podstępnie został wysłany do natychmiastowego zgładzenia, załamałam się i odeszłam z Legii, nie chcąc drugi raz czegoś takiego przeżywać. Postanowiłam kupić sobie własnego konia, marzyłam o arabie, ale nie było to wtedy możliwe. Udało mi się za to znaleźć pięknego lipiceńskiego ogiera Śmiałego. Umieściłam go w Oborach pod opieką dawnego stangreta hrabiny Potulickiej w jej dawnym majątku. Rychło w Oborach zaraziłam mą pasją do koni przyjaciół i znajomych. Dawne stajnie dworskie zaczęły się napełniać końmi, odbywały się szumne Hubertusy, kuligi, wyścigi i inne imprezy. Gdy nagle dowiedziałam się, że na drugi dzień mają wysłać ze Służewca do rzeźni młodą piękną klacz arabską imieniem Maciejka, półsiostrę dwóch derbistów: Mir-Saida 52 i Miny 57 postanowiłam ją ratować. Kupiłam ją i tego samego dnia Maciejka była już w Oborach.
Prawie natychmiast wokół zakupu Maciejki zrobiła się straszna afera,
w Oborach zjawiły się licznie różne ważniaki, próbując podstępnie odebrać klacz. Maciejka w tym czasie pod okiem prof. Żaboklickiego doszła do kondycji. Profesor stwierdził u niej niesłychane wprost zarobaczenie, podejrzewał też, że otrzymywała bardzo mocne środki chemiczne i będąc nimi oszołomiona nie chciała biegać.Wkrótce też dostałam wezwanie do Ministerstwa Rolnictwa. Ówczesny pan dyrektor z awansu w ordynarny sposób usiłował mnie nastraszyć: nie szczędząc pogróżek i żądając zwrotu klaczy. Nie należałam jednak do bojaźliwych osób, odmówiłam wydania Maciejki, a nawet udało mi się nieco przykrócić pana dyrektora z awansu. Nabrałam jednak coraz więcej podejrzeń, że Maciejka była spreparowana, aby mogli wysłać ją do rzeźni, a stamtąd mógł ją tanio wykupić ktoś upatrzony. Moje podejrzenia okazały się jak najbardziej słuszne, przypadkiem przy zakupie konia dla swej przyjaciółki poznałam człowieka, który miał to właśnie wykupić Maciejkę z rzeźni. Człowiekiem tym okazał się być były mąż żony Cyrankiewicza, którego dzieci są z Cyrankiewiczem. Sam opowiedział mi całą tę historię, wyjaśniając, że szykanują mnie teraz z obawy, abym z tak dobrym materiałem nie założyła hodowli koni arabskich.
Nie wahałam się dłużej i wobec tego postanowiłam zacząć hodowlę. W księgach stadnych, choć nie było ku temu żadnych powodów, zaczęły się szykany i nie chcieli wpisać Maciejki do ksiąg. Zaczęłam rozglądać się za ogierem dla Maciejki. I znowu przypadkiem odkryłam w ośrodku cyrkowym w Julinku wspaniałego pochodzenia, 8-letnie ogiery arabskie, które akurat miały być wymieniane na młodsze. Wybrałam dla siebie dwa z nich: Mlecha i Celebesa, syna Wielkiego Szlema o porywającej wprost urodzie. Ale do selekcji przeznaczonych było 8 ogierów, postanowiłam więc ratować je wszystkie. Rozpętałam istną końską gorączkę wśród mych przyjaciół i zdecydowaliśmy się kupić wszystkie konie. Przedtem cyrk sprzedawał swe konie okolicznym chłopom, teraz jednak Ministerstwo Kultury, któremu podlegały cyrki wydało okrutną i bezsensowną decyzję, aby wszystkie te wspaniałe ogiery o niepowtarzalnym pochodzeniu nieodwołalnie i natychmiast zgładzić. Maciejka nie miała wyboru i pojechała do młodego ogiera Czardasza, który krył chłopskie konie.
W 1965 roku urodziła się piękna klaczka w Oborach, niestety konik na swoje nieszczęście urodził się w pęcherzu i przez niedopatrzenie pijanego głupca udusił się w nim. W księgach stadnych mieli nowy pretekst, aby nie wpisać Maciejki. Przedtem przez lata obserwowałam na zawodach wspaniałego ogiera Muharyta (ostatniego syna Witraża), koń mimo nieludzkiej eksploatacji (kilkakrotne starty na tych samych zawodach) zawsze zwyciężał. Ogier był własnością generała, któremu podarowała go stadnina w Nowym Dworze, generał nazwał Muharyta Hetmanem i czasem na nim urządzał przejażdżki. Koń był jednak niezwykle ostry i tak na którejś przejażdżce poturbował generała, za co ten wydał rozkaz, natychmiastowego zlikwidowania ogiera. Nie czekając długo kupiłam Muharyta i umieściłam go najpierw w Oborach, a potem w mojej nowej posiadłości w Łazach Starych (68r). Maciejka została w 1969r. zaźrebiona Muharytem. Następna klaczka Maciejki, Mirabelka przyszła na świat w zimę stulecia. Rok 70, wszystkie drogi były zawalone, weterynarz nie mógł dojechać. Byłam sama przy źrebieniu, na dworze było ponad 30 stopni mrozu, założyłam źrebiczce własny sweter, aby nie zamarzła.
W tym czasie przeżyłam osobistą tragedię. Mój ukochany, Leonid Teliga, śmiertelnie chory, umiera. Korzystają z tego na Służewcu, żeby nie wpisać mi koni do ksiąg i licząc, że teraz załamana, zrezygnuję z hodowli. Moja rozpacz i depresja były tak wielkie, że nie byłam w stanie upomnieć się o swoje prawa i walczyć o nie. Maciejka znowu została zaźrebiona i znowu odłożono wpisanie jej potomstwa do ksiąg. Gdy urodziła się następna klaczka Misty 71, okazało się nagle, że Muharyt musi mieć licencję, choć przedtem jej nie żądali. Chociaż Muharyt ją dostał, to nie wystarczyło, bo krył Maciejkę dwa dni przed jej otrzymaniem. Zaproponowali za to wpisanie Maciejkę i jej potomstwo, ale pod warunkiem, że sprzedam im Mirabelkę i Misty, a na całe następne potomstwo będą mieli prawo pierwokupu. Inaczej odmówią wpisu koni. Maciejka znowu została zaźrebiona Muharytem i urodziła się następna, czwarta już jej córka, Murhejka 72. Dopiero ona została wpisana do ksiąg, jako pierwsza córka Maciejki. W 1973r. urodził się po Muharycie ogier Morro, Maciejka ponownie zaźrebiona została na farmie u M. Wilczka. Niestety, jeździli na niej początkujący jeźdźcy i nastąpiła tak zwana absorbcja płodu. W 1974r. kupiłam drugą 8-hektarową farmę, Cholewy i przeniosłam tam moje konie. W Cholewach w 1975 roku urodziła się klacz Miszka. Ogier Muharyt został sprzedany Panu Ou z umowną gwarancją, że będzie udostępniany do krycia Maciejki. Umowa jednak nie została dotrzymana. Pan Ou odmówił w ostatniej chwili udostępnienia Muharyta do krycia, bo koń się zdenerwuje. Było za późno na szukanie innego ogiera i Maciejka straciła rok. Zakupiłam więc nowego ogiera Mokana. Po nim Maciejka urodziła Marunkę 77 i Macierzankę 78. W roku 1978 Maciejka została sprzedana w wieku 17,5 roku do USA za 17,500 USD na aukcji w Janowie do hodowli Petersonów w Oregonie, gdzie dała im jeszcze trzy klacze i dwa ogiery i dożyła tam na oregońskich łąkach do 26 lat.
W 1977 roku Murhejka urodziła po Mokanie Mgiełkę, w 1978 klacz Mewę i w 1979 klacz Morkanę. Ogier Morro 73 w latach 1975-1978 biegał doskonale na Służewcu będąc faworytem i zwyciężając prawie w każdej gonitwie. W 1978 został przyjęty na aukcję w Janowie, niestety musiałam go wycofać, ponieważ w czasie mojej nieobecności został pokąsany i skopany przez Mokana.
Na Służewcu biegała doskonale Miszka 77-78. Zabrałam ją po roku do hodowli i zaźrebiłam w 1979r. Mokanem. Ponieważ Morro i Mokan się nienawidzili, przed moim wyjazdem do USA (koniec roku 1979) oddałam Mokana Zbyszkowi Śliwińskiemu na dożywocie pod warunkiem udostępniania go do krycia moich klaczy. Po moim wyjeździe, znowu, umowa ta nie została dotrzymana. Wanda Jackowska, która kontrolowała hodowlę w Cholewach wysłała konie do Państwowych Ogierów. Mimo pełnego finansowania całej stadniny i Cholew przeze mnie ze Stanów, wszystko powoli się zaczęło rozpadać. Nie sposób było ją kontrolować z takiej odległości, gdy np. poczta chodzi całe miesiące. Zdecydowałam się zabrać konie do Stanów i tam kontynuować hodowlę, niestety mimo że wszystko już na ta operację było przygotowane, wproqwadzono stan wojenny, zamknieto granice i wszystkie moje plany zostały zniweczone. W USA ciężko pracując ciągle utrzymywałam całe stado, wyniki były jednak coraz gorsze. Farmę, którą dałam córce przejął Waliszewski i wymusił też kilka koni: Macierzankę, Medium, Mimozę i dwa ogiery. Wanda Jackowska zajęta swoją hodowlą nie dała rady kontrolować moich spraw. Wysłała Miszkę do Kurozwęk, gdzie z braku dozoru i karygodnego niedbalstwa dawano jej do jedzenia zgniłe siano, gdy klacz dostawała kolki nic nie robiono, aż klacz padła na skręt kiszek. W tym czasie dostałam w USA propozycję: 50.000 USD za Miszkę. W Stanach sprzedałam kilka moich koni: Mgiełkę, Mgłę, Morkanę i Mokdara, potem również Menę i Miętę. Pieniądze otrzymane za konie Wanda Jackowska wydawała na rozbudowę swojej farmy, aby mogła wziąć do siebie resztę moich koni. Niestety dopiero półtora roku przed swoją śmiercią Wanda Jackowska wzięła do siebie trzy konie: Miszkę, przepiękną skarogniadą Murawę i ogiera. Murawa zabiła się wkrótce potem w wypadku z drągiem, a Miszka padła na skręt kiszek w Kurozwękach. Wanda umarła w styczniu 1990 roku. Igański przejął jej farmę i konie, z oporami oddał moje ostatnie konie, które zdecydowałam się sprzedać natychmiast w Polsce. Igański nie chciał zwrócić pieniędzy, za które została zbudowana farma i zabudowania W. Jackowskiej.
W 1995 roku wróciłam do Polski, nie mając już mojej hodowli, ani moich koni. Nie widzę też już żadnego sensu zaczynać hodowli jeszcze raz.
Anna Dębska
Hodowla koni arabskich Anny Dębskiej rozpoczęta w 1964 roku była drugą prywatną hodowlą tych koni w powojennej Polsce. Tylko Zygmunt Braur miał w tym czasie 2 klacze czystej krwi arabskiej.
POWRÓT
STRONA GŁÓWNA